Jan Brzechwa – Akademia Pana Kleksa – rozdział 31

Jan Brzechwa – Akademia Pana Kleksa – rozdział 31

2 grudnia 2022 0 przez Anna Adamczyk

Jan Brzechwa – Akademia Pana Kleksa – rozdział 31 ŚWIĘTO KRÓLEWSKIEGO KOGUTA

Alamakota prowadziła politykę pokojową, nie utrzymywała armii lądowej ani floty
powietrznej, posiadała jednak potężną marynarkę, na którą składały się: okręt flagowy „Kwaternoster
Pierwszy”, dwanaście alambajów o napędzie alamakotowym, dwadzieścia cztery szybkoguty
dalekiego zasięgu, sześć kuromiotaczy i trzydzieści pancernych bajkajaków. Jednostki te, z wyjątkiem
okrętu flagowego, pływały pod zmyślonymi banderami, co miało zmylić państwa żądne podbojów i
uchronić Alamakotę przed zaborcami.

Flota nie podlegała ministronowi Pokoju, gdyż mógłby on w przystępnie złego humoru wdać
się w niepożądany zatarg międzynarodowy. Do zadań floty oceanicznej należało wyłącznie
konwojowanie flotylli poduszkowców i jajostatków służących wymianie handlowej.
Alamakotańskie poduszkowce nazywały się tak dlatego, że były wypchane kurzym pierzem jak
poduszki. W czasie trwania transportu w ich cieple wylęgały się z jajek kurczęta. Poduszkowiec
mógł zabrać w swoich ładowniach sto tysięcy jaj, a do portu przeznaczenia przywoził sto tysięcy
żółtych piszczących kurczątek. Jakiż to musiał być zachwycający widok!
Kiedy „Kwaternoster Pierwszy” wczesnym rankiem zbliżał się do macierzystego wybrzeża
wszystkie jednostki floty wciągnęły flagi na maszt, a kuromiotacze oddały salwę honorową. Na
wybrzeżu zgromadziły się tłumy wiwatujące na cześć Admirała, pana Kleksa, a zwłaszcza Multiflory,
matki przyszłej królowej. Okazało się bowiem, że wieść o małżeńskich zamiarach króla rozeszła się
lotem kolibra po całym kraju.

Na redzie dostrzegłem „Płetwę Rekina”, która przybyła właśnie do Alamakoty z ładunkiem
oksydowanych zegarków. Zdążyłem szepnąć Zyzikowi, aby skoczył do znajomego kapitana statku i
poprosił go o zarezerwowanie czterech kajut na rejs powrotny.
W porcie czekał na nas ministron Dworu Trąbatron, nasz przyjaciel Limpotron, pan Lewkonik z
czterema córkami, Bulpo, Pulbo oraz wyżsi urzędnicy Admiralicji.
Był piękny bezchmurny dzień lipcowy.

Po krótkim powitaniu Alojzy wydał zarządzenia dotyczące pływającej wysepki, która w oddali
kołysała się na spokojnych falach.
Marynarze zarzucili koniec liny na obrotowy bęben i mozolnie jęli ją nawijać przyciągając
wysepkę do nabrzeża.
Gdy ten maleńki skrawek Wyspy Sobowtórów przycumował wreszcie do wyznaczonego
miejsca, mechanicy zabezpieczyli krawędzie wysepki żelazną listwą, wmontowali kotwicę i rzucili
ją na dno według wszelkich zasad sztuki marynarskiej.
Dopiero teraz mogliśmy po trapie wstąpić na tę ziemię, którą nazwano „Anemonową Piętką”,
gdyż przypominała kształtem piętkę uciętą z okrągłego bochenka chleba.

Dom państwa Lewkoników zachował się znakomicie. Nie bez zdziwienia stwierdziłem, że
podczas katastrofy nie zarysowały się mury ani nawet z okien nie wypadły szyby. Drzewa w sadzie
uginały się pod ciężarem dojrzałych owoców, a w powietrzu unosił się odurzający aromat róż.
Jak widzicie, rozmyślnie zwlekam z opisem czułego powitania rodziny Lewkoników z
Multiflorą, gdyż nie posiadam poetyckiego daru Piwonii i brak mi po prostu słów na odtworzenie tej
wzruszającej sceny. Wystarczy jeśli powiem, że Weronik szlochał jak bóbr, wspominając zapewne
nieboszczkę Weronikę, a pan Kleks siąkał nosem i z trudem powstrzymywał łzy.
Hodowca róż rzeczywiście nie przesadził, gdy mówił o niezwykłej urodzie Multiflory. Przy
swoich córkach wyglądała jak ich starsza siostra. Pomimio rozłąki z rodziną i wielu ciężkich przejść
z ostatnich dni pełna była promiennej pogody i ujmującego wdzięku, jak gdyby ta chwila szczęścia
starła z jej twarzy wszelkie ślady trosk i zmęczenia.

„Anemonowa Piętka” była umeblowana z dużym smakiem i posiadała wszelkie nowoczesne
urządzenia, mające służyć wygodzie jej mieszkańców.
Tak więc pan Lewkonik wraz z córkami mógł od razu przenieść się do własnego domu.
Weronik zgodził się zamieszkać tam na czas krótki celem zaprowadzenia porządku i załatwienia
różnych formalności administracyjnych, jak założenie księgi meldunkowej, umocowanie tabliczki z
nazwą ulicy, przyłączenie do sieci oświetleniowej i kanalizacyjnej, uzyskanie zezwolenia na
przerzucenie trwałego mostku, wyrobienie prawa do własnej kotwicy, zarejestrowanie prywatnej
hodowli kwiatów, uporządkowanie numeracji domu, przydział państwowych jajek itd.
Stary dozorca ochoczo zabrał się natychmiast do pracy, był to bowiem jego żywioł.

Skoro cała rodzina Lewkoników, a wraz z nią Weronik, opuściła gościnne apartamenty
Limpotrona, zostałem tam sam z panem Kleksem. I chociaż uczony dzięki swej niezwykłej
przenikliwości był już mniej więcej zorientowany w moich kłopotach rodzinnych, skorzystałem ze
sposobności, żeby opowiedzieć mu dokładnie przebieg znanych wam wydarzeń.
Pan Kleks wysłuchał mnie uważnie, pomyślał chwilę, po czym rzekł z wyrzutem:
– Drogi Adasiu, tyle pracy włożyłem w twoją edukację, wlałem beczkę oleju do twojej głowy,
nauczyłem cię prawidłowego myślenia, z niemałym trudem oświeciłem zakamarki twojego umysłu, a
ty opowiadasz mi takie niestworzone brednie. Jak ty, człowiek wykształcony, mogłeś uwierzyć w
przemianę twego ojca w ptaka? Czy coś podobnego zdarza się kiedykolwiek na świecie? Weronik
wszystko to wyssał z palca, a ty dałeś się nabrać na taką piramidalną bujdę. Jak ci nie wstyd?! A co
do Alojzego, to wiadomo, że przez cały czas poprzedzający twój przyjazd był tu w Alamakocie,
udawał ciebie i grywał ze mną w „trzy wiewiórki”. Nie mógł więc występować w roli listonosza.
Cenię fantazję, owszem, ale nawet fantazja musi być sensowna.

Słowa pana Kleksa spadły na mnie jak nagłe olśnienie. Zrozumiałem całą niedorzeczność bajki
o przemianie mego ojca w ptaka. Że też mogłem ulec podobnemu zamroczeniu umysłu! Stałem przed
ukochanym profesorem czerwony jak rak i miałem ochotę zapaść się ze wstydu pod ziemię. Ale
równocześnie ogarnęła mnie radość na myśl, że rodzicom nie przytrafiło się nic złego i że nie grozi
im niebezpieczeństwo.

Z zakłopotania wybawił mnie Zyzik, który wpadł zdyszany, wołając od progu:
– Proszę pana… Proszę pana… Wszystko załatwiłem… „Płetwa Rekina” odpływa pojutrze o
ósmej rano. Kapitan bardzo się ucieszył. A cztery kajuty będą przygotowane!
– Nie ma to jak dzielny bosman–mat – rzekł pan Kleks ująwszy się pod boki. – Nie cofam tego,
co w nocy powiedziałem. Za pięć lat będziesz sławnym kapitanem.

Do odjazdu mieliśmy więc jeszcze dwa dni, z czego byłem nawet zadowolony, gdyż Święto
Królewskiego Koguta połączone z zaręczynami króla zapowiadało się niezwykle interesująco.
Zresztą i moje zaręczyny z Rezedą wymagały omówienia z jej rodzicami. Opuściłem więc pana
Kleksa i udałem się na „Anemonową Piętkę”.

Zastanawia was pewno, dlaczego w kraju tak cywilizowanym jak Alamakota nie było
telefonów i każdą sprawę musiało się załatwiać osobiście. Otóż przed laty istniały tam odpowiednie
instalacje i urządzenia, ale telefony nieustannie się psuły i ludzie tracili połowę czasu na daremne
zabiegi w celu uzyskania połączenia. Doszło do tego, że praca w biurach i urzędach niemal całkiem
ustała. Wszyscy bowiem bez przerwy zajęci byli bezskutecznym nakręcaniem numerów. Toteż w
końcu ministron Pogody i Czterech Wiatrów, któremu sprawy te podlegały, postanowił dla dobra
państwa zlikwidować raz na zawsze telefony, a zamiast nich wprowadzić hulajnogi, aby obywatele
mogli się ze sobą szybko porozumiewać.

Tak więc bez telefonicznej zapowiedzi zjawiłem się na „Anemonowej Piętce”. Przed domem
tłumnie zgromadziła się młodzież, zaciekawiona nie tyle osobliwą posiadłością rodziny
Lewkoników, co dwoma ich psami, jako że w Alamakocie zwierzęta te pojawiły się po raz pierwszy.
„Anemonowa Piętka” odegrała w danym wypadku rolę Arki Noego, na której uratowała się jedna
para psiego gatunku. Jak już wspomniałem, były to dwa czarne pudle, matka i syn, o dźwięcznych
imionach Negri i Negrifon. Oba pieski stały na parapecie otwartego okna, wesoło merdały ogonkami
i od czasu do czasu krótko poszczekiwały z właściwą pudlom życzliwością.

Rezeda już zdążyła zawiadomić rodziców o swojej decyzji. Pan Lewkonik, który w ciągu tych
dni dostatecznie mnie poznał i cenił jako ulubionego ucznia słynnego profesora Kleksa, zgodził się
oddać mi za żonę swoją córkę pod warunkiem, że wszystkie wakacje będziemy spędzali w
Alamakocie. Natomiast Multiflora była wyraźnie zawiedziona, że nie jestem ogrodnikiem.
– Zawsze pragnęłam, aby moje córki poświęciły się hodowli kwiatów, ale tylko Dalia i
Hortensja spełnią pokładane w nich nadzieje. Pan specjalizuje się w ptasich gwarach i narzeczach.
Czy to odpowiednie zajęcie dla uczonego? Dla zięcia hodowcy róż? Ale skoro Rezeda pana kocha, to
i w moim sercu znajdzie się dla pana ciepły kącik.

Mówiąc to ucałowała mnie w oba policzki, a pan Lewkonik zawołał z radością:
– Musimy uczcić te zaręczyny! Piwonio, wymyśl na cześć młodej pary jakiś wierszyk.
Piwonia stanęła pomiędzy mną a Rezedą i zadeklamowała dźwięcznym głosikiem:
Lewkocórek sznurek pięć Do Rezedy kiedy pędź Adam radam ojciec chęć Mama sama ćwir–
ćwir zięć Pan Lewkonik aż podskoczył z zachwytu i natychmiast wytłumaczył nam sens tego wierszyka.
Chodziło mianowicie o to, że spośród pięciu córek państwa Lewkoników o Rezedę stara się Adam,
czyli ja. Ojciec bardzo jest temu rad i nawet mama zgadza się mieć za zięcia specjalistę od ptasich
świergotów.

Wszyscy byli wzruszeni subtelnością tego utworu, szkoda tylko, że Dalia serią kochnięć
zagłuszyła zakończenie wiersza. Nagrodziliśmy autorkę hucznymi oklaskami, a Rezeda serdecznie
uściskała Piwonię, która zaczerwieniła się i rzekła:
– Czuję, że jestem stworzona do poezji. Dlatego też nie chcę wychodzić za mąż. Ani za
ogrodnika, ani za króla! Prawdziwy poeta musi być wolny, aby móc całkowicie poświęcić się
twórczości.

Czytaj więcej  Jan Brzechwa - Akademia Pana Kleksa - rozdział 25

Pan Lewkonik popatrzył na nią z dumą, a Multiflora ze smutkiem. Bliższe jej były niż
poezja.
W tym momencie zjawili się Bulpo i Pulbo. Wprawdzie serce matki na pewno bardziej
radował widok dwóch ogrodników jako przyszłych zięciów, jednak pani Lewkonikowa nie
okazywała im większych względów niż mnie, chociaż byłem tylko skromnym kleksykologiem,
badaczem ptasich języków. Zapewniam was, że potrafiłem ocenić tę jej delikatność i takt.
Zaręczyny dwóch następnych par odbyły się w równie uroczysty sposób, to znaczy, że Piwonia
zaimprowizowała na ich cześć zawiły, ale pięknie brzmiący poemacik. Tym razem Dalia
powstrzymała się od kichania, a Hortensja poruszając wargami prowadziła sama z sobą bezgłośny
dialog, co jednak wyglądało tak, jakby powtarzała po cichu wiersz Piwonii.

Pan Lewkonik zaprosił całe towarzystwo do sadu i poczęstował nas rzadkimi gatunkami
owoców, wyhodowanymi przez Multiflorę.
Skorzystałem z dogodnego momentu, żeby się urwać i pójść na rozmowę do Weronika.
Zastałem go na drabinie, w chwili gdy przytwierdzał do muru tabliczkę z napisem „Anemonowa
Piętka”. Zszedł do mnie i mrużąc jedno oko, przyglądał się jeszcze przez chwilę swemu dziełu.
Wreszcie rzekł:
– Wyjeżdżamy, panie Niezgódka. Czas wracać do domu! Ciekaw jestem, co tam zaszło
nowego.

– Panie Weroniku – powiedziałem oschle – przychodzę do pana po pewne wyjaśnienia. Co
panu strzeliło do głowy, żeby wmówić we mnie, jakoby mój ojciec przemienił się w ptaka? A w
dodatku twierdzić, że widział pan to na własne oczy? Dlaczego mnie pan otumanił? I na co była ta
komedia z listonoszem. Czy tak postępuje szanujący się dozorca? Czy w tej sytuacji lokatorzy mogą
mieć do pana zaufanie? Do takiego świszczypały? Właśnie teraz, kiedy zbliża się pański jubileusz,
przekreślił pan swoim postępowaniem dorobek pięćdziesięciu lat życia! Wstyd, hańba, panie
Czyścioch!

Nigdy dotąd nie wygłaszałem tak długich przemówień, toteż pot spływał mi z twarzy grubymi
kroplami.
Weronik do tego stopnia przejął się stawianymi mu zarzutami, a zwłaszcza moim wzburzonym
tonem, że dostał długotrwałego ataku czkawki. Uderzyłem go kilkakrotnie w plecy. Zabieg ten w
końcu poskutkował.

– To straszne – powiedział blady jak płótno stary dozorca. – To okropne! Pan Chryzantemski
wystrychnął mnie na dudka. To jego robota! Przysięgam panu na pamięć nieboszczki Weroniki, że to
jego robota! Nigdy bym czegoś podobnego sam nie wymyślił. Uwierzyłem temu oczajduszy! Więc to
wszystko była nieprawda? Wszystko? Więc mój honor dozorcy leży w błocie?

– Tak, panie Weroniku – odrzekłem ze złością – ładnie mnie pan urządził. Niech się pan nie
zasłania jakimś panem Chryzantemskim. Widziałem go raz w życiu. Nie wiem nawet, co to za jeden?
– Jak to? – zawołał zdumiony Weronik. – Pan nie wie? Pan nie słyszał o Modeście
Chryzantemskim? O sławnym Modeście Chryzantemskim? To przecież pierwszy mąż Pepy Pergamut,
która znana była pod pseudonimem Pepda–Papda. Razem występowali we wszystkich cyrkach
świata. Ona popisywała się tresurą zwierząt, a on zasłynął jako niezrównany iluzjonista i sztukmistrz.

Niektórzy uważali go nawet za magika. Prześcignął go za przeproszeniem tylko jeden człowiek:
Ambroży Kleks. Teraz pan Chryzantemski jest stary, dawno już przeszedł na emeryturę, ale czasami
jeszcze, dla wprawy, pokazuje różne sztuki. Potrafi na przykład z pustego kapelusza wyciągnąć
piętnaście żywych królików albo wypuścić z ucha makolągwę, skowronka lub szpaka. Taką właśnie
sztuczkę pokazał mi, kiedyśmy byli w mieszkaniu pana Niezgódki. A ja dałem się nabrać! Zgłupiałem
na stare lata. Dać się tak zaczarować! Teraz nie będę mógł lokatorom spojrzeć w oczy. Zwłaszcza
pańskim rodzicom, panie Adasiu. Nie pozostaje mi nic innego, jak ustąpić ze stanowiska i pójść na
zamiatacza ulic.

Żal mi się zrobiło starego dozorcy. Zresztą, czy wolno mi było mieć do niego pretensję o to, że
uległ wzrokowemu złudzeniu, skoro ja, człowiek o rozległej wiedzy, okazałem się mniej
łatwowierny? Musiałem go długo pocieszać, a nawet zapewniać, że właściwie dobrze się stało, jak
się stało, gdyż dzięki całej tej historii zwiedziłem Alamakotę, a co najważniejsze – poznałem moją
ukochaną Rezedę.

Ten argument trafił mu do przekonania. Uspokoił się nieco, westchnął raz i drugi, po czym
wrócił do przerwanej pracy, którą chciał przed odjazdem doprowadzić do końca.
Resztę dnia spędziłem z Rezedą. Spacerowaliśmy po ulicach i przyglądaliśmy się, jak
robotnicy rozwieszają transparenty, flagi i lampiony. Cała ludność Alamakoty przygotowywała się do
Święta Królewskiego Koguta.

Wieczorem, gdy wróciłem do domu, pan Kleks już spał poświstując i pochrapując. Śniły mu
się widocznie jakieś bardzo poważne sprawy. Ten wielki uczony umiał nawet we śnie dokonywać
wiekopomnych wynalazków.

Na stole znalazłem zaproszenie treści następującej:
„Ministron Dworu Trąbatron ma zaszczyt zaprosić pana doktora Adama Niezgódkę do orszaku
królewskiego, który wyruszy na uroczystość królewskich zaręczyn w dniu Święta Królewskiego
Koguta o godzinie osiemnastej. Zbiórka na placu przed pałacem. Uprasza się o ścisłe przestrzeganie
ceremoniału. Obowiązuje strój galowy.”
Nazajutrz rano obudził mnie Tri–Tri. Przyniósł liścik od Rezedy. Pan Kleks już nie spał.
Siedział na podłodze i w grubym zeszycie szkicował plany przyszłej bąblobudowy. Dawniej robił to
zawsze unosząc się w powietrzu, ale ostatnio poniechał tego zwyczaju, gdyż twierdził, że nadwerężył
sobie pęcherzyk powietrzny.

– Zresztą – oświadczył pewnego dnia – mam teraz inne sposoby. Dawniej umiałem przybierać
tylko postać przedmiotów martwych, jak guzik od czapki bogdychanów albo flaszka atramentu.
Odkąd jednak odkryłem energię kleksyczną i udoskonaliłem moje przebieralniki, posiadam o wiele
większe możliwości. Ale to mój sekret, którego nie zamierzam ujawniać, gdyż ludzie swoim
zwyczajem obróciliby zaraz mój wynalazek na własną szkodę.

Rezeda w imieniu swoim i państwa Lewkoników prosiła w liście, abym wraz z panem
Kleksem przyszedł do nich na obiad.
Korzystając z wolnego przedpołudnia, udałem się do miasta. Chciałem obejrzeć
alamakotańskie osobliwości i zwiedzić muzea, których dotąd nie udało mi się jeszcze poznać.
Szczególnie zainteresowało mnie Muzeum Historyczne. Wystawiona tam była kolekcja pijawek z
epoki bagiennej, wypchane Królewskie Koguty z poprzednich lat, pierwszy zepsuty zegarek,
starożytne kieliszki do jajek, tratwa, na której Bajdoci przybyli do Alamakoty, modele hulajnóg
używanych na przestrzeni wieków, gipsowy odlew trzeciej nogi nieznanego sportowca, portrety
dawnych królów od Bambosza Koślawego aż do Kwaternostra I oraz wiele innych nader ciekawych
eksponatów.

Zwiedziłem również Pracownię Akustyczną Grających Muszli, Fabrykę Galowego Proszku,
Nadymalnię Rybich Pęcherzy, Wytwórnię Transparentów Państwowych, Zakład Przecierania
Królewskich Okularów, Alamakotekę, gdzie były wystawione obrazy z życia drobiu malowane przez
wybitnych ptaszystów, a nadto kilka zakładów naukowych, w tej liczbie Szkołę Pedałów
Fortepianowych na trzy nogi oraz Instytut Znaków Przestankowych.

Pełen niezapomnianych wrażeń wróciłem do pana Kleksa i razem udaliśmy się do państwa
Lewkoników. Ulica, do której przylegała „Anemonowa Piętka”, dzięki zabiegom Weronika otrzymała
swoją nazwę. Z jednego końca nazywała się Staroprojektowana, z drugiego Nowoprojektowana, a
pośrodku – Środkowoprojektowana.

W mieszkaniu zastaliśmy całą rodzinę oprócz Róży, którą wezwano do sekretariatu ministrona
Dworu celem złożenia życiorysu, wypełnienia ankiety i fomularza małżeńskiego oraz zapoznania się z
obowiązkami przyszłej królowej. Na razie wiedzieliśmy tylko tyle, że będzie musiała przybrać
historyczne imię Kwakwanostry.

Całe mieszkanie ozdobione było bukietami róż, gdyż pan Lewkonik od razu zabrał się do pracy
w ogrodzie i przy pomocy płynu odżywczego szybko udoskonalił hodowlę Multiflory.
– Gdy ma się w domu poetkę – powiedział nam zaraz na wstępie – trzeba dbać o róże.
Pobudzają one natchnienie. Czy słusznie mówię, Piwonio?

Piwonia spojrzała rozmarzonym wzrokiem i jakby na potwierdzenie słów ojca rzekła
melancholijnie:
– Róża, burza, kurza, nurza, duża, stróża…
– Przepraszam – wtrącił się Weronik – czy nie można by zamiast „stróż” powiedzieć
„dozorca”?
– Nie będzie rymu – odparła Piwonia patrząc na ojca, bowiem on jeden znał się na poezji.
Rezeda także nie zmarnowała czasu spędzonego w domu. Poświęciła go tresurze psów i oto
podczas obiadu oba pudle, ubrane w różowe fartuszki, podawały do stołu, chodząc na tylnych
łapkach.

Pan Kleks miał wyborny apetyt, nabierał sobie na talerz ogromne porcje i przy każdym daniu
wesoło wykrzykiwał:
– Jak długo żyję, nie jadłem jeszcze tak pysznego obiadu! Te pulpety są wprost niezrównane!
– To jest ryba faszerowana – zauważyła nieśmiało Multiflora.
– Oczywiście, że ryba! Ryba pulpetowa! Tak właśnie chciałem powiedzieć. Muszę opracować
nową książkę kucharską, opartą na zasadach gastronomii kleksycznej. Że też o tym dotąd nie
pomyślałem. Pani Multifloro, daję słowo, napiszę taką książkę i zadedykuję ją pani.

Czytaj więcej  Baśnie braci Grimm - "Kopciuszek"

Piliśmy właśnie kawę, gdy Negrifon trzykrotnym szczeknięciem zaanonsował przybycie
nowych gości. W tej samej chwili istotnie zjawił się Alojzy w admiralskim mundurze, przy orderach,
które tylko w znikomej części przypięte były do piersi. Pozostałe niósł osobno na atłasowej poduszce
adiutant Admirała. Trzecim gościem był kapitan Tykwot, pragnął bowiem zobaczyć, jak wygląda
„Anemonowa Piętka”, którą przyholował z tak daleka.

Multiflora serdecznie podziękowała dzielnym marynarzom za ich trudy, a pan Lewkonik nie
mógł się powstrzymać i szepnął Piwonii przez stół:
– Powiedz wierszyk… Obowiązkowo…
Piwonia wstała, oparła ręce o poręcz krzesła i zadeklamowała swój nowy utwór:
Admirała cała dość Kawa trawa sława gość Kwaternostra siostra cześć Anemona żona teść.
Tym razem wiersz Piwonii nie wymaga wyjaśnień, gdyż jest dla wszystkich całkowicie
zrozumiały.

Alojzy nie pozostał dłużny poetce. Bez namysłu odpowiedział do rymu, używając niemal tych
samych słów:
Gdyś mej sławie brawa dała, Przyjmij wdzięczność Admirała, Boś ty siostry godna siostra,
Przyszłej żony Kwaternostra.
– Jesteś niezrównany! – zawołał pan Kleks. – Będziesz chlubą Alamakoty! Admirale, moje
gratulacje!

Kapitan Tykwot nie znał się na wierszach, nie rozumiał, o co chodzi, popijał więc w milczeniu
kawę i jak zwykle z obrzydzeniem palił tradycyjne cygaro.
Rozmowa przy stole toczyła się głównie na temat przyszłych losów panien Lewkonikówien.
– Przykro mi, że nie będę na ślubie Rezedy – powiedziała Multiflora – ale rozumiem, że pan
Adaś musi ją uprzednio przedstawić swoim rodzicom. Byłoby nietaktownie, gdybyśmy postąpili
inaczej.

Weronik, aby wynagrodzić wyrządzoną mi krzywdę, zaczął przesadnie wychwalać moją
rodzinę:
– Co to za ludzie, proszę państwa! Znam ich od czasu, jak wprowadzili się do naszej
kamienicy. Nigdy nie zalegają z komornym, nie śmiecą na schodach, nie brudzą, nie hałasują. Tacy
lokatorzy to skarb! Starszy pan Niezgódka sam sobie pisze książki. Zajmuje się także wypychaniem
ptaków. Ale żeby kiedykolwiek osobiście zamienić się w ptaka – proszę nie wierzyć! Pani
Niezgódkowa nigdy by do tego nie dopuściła! Tacy to są ludzie!
– A czy lubią kwiaty? – spytała znienacka Multiflora.
– Jeszcze jak! Pani Niezgódkowa co dzień przypina sobie do kapelusza inny bukiecik. Choć to i
sztuczne, ale zawsze kwiaty. Raz bławatki, raz fiołki, a w niedzielę i święta wyłącznie róże. Słowo
daję! Ładniejsze niż prawdziwe!

Słysząc to Dalia rozkichała się na dobre. Kapitan Tykwot powiedział „na zdrowie”, Weronik
przerwał swoje wynurzenia, natomiast Alojzy usłużnie oznajmił:
– Opuszczając krainę Obojga Farmacji, wziąłem z sobą próbki niezawodnych leków. Mam tutaj
tubkę „Antykichaliny”. Po jej zażyciu najuporczywszy katar ustaje natychmiast.
Dalia już wyciągnęła rękę po lek, lecz nagle powstrzymała się i rzekła cicho:
– Nie… Nie… Co by powiedział mój narzeczony, gdybym przestała kichać? Jemu przecież to
się we mnie najbardziej podobało. Nie, Admirale, przepraszam, ale nie skorzystam.

Po skończonym obiedzie pan Kleks i ja podziękowaliśmy gospodarzom, pogłaskaliśmy pieski i
ruszyliśmy ku domowi. Towarzyszył nam Weronik, który zakończył już swoje prace na „Anemonowej
Piętce”, posprzątał, a także pomył szyby, jak przystało na wzorowego dozorcę.
W pracowni meteorologicznej zastaliśmy Limpotrona. Ustalał właśnie siłę wiatru i regulował
pogodę na czas królewskich uroczystości zaręczynowych. Zatrzymał nas, gdyśmy szli do naszych
apartamentów.

– Mam tu coś dla panów – powiedział. – Oto odznaczenia, które król raczył panom dzisiaj
przyznać. Dla pana profesora Krzyż Komandorski Złotego Koguta z gwiazdą, dla pana Niezgódki
order Kurzego Pióra, dla pana Czyściocha Medal Eksportowego Jajka. Zechcą panowie dzisiaj
wystąpić w tych odznaczeniach. Przyniosłem także trzy puszki galowego proszku. Trzeba się nim
posypać zgodnie z ceremoniałem. A tu są trzy złote chronometry, wprawdzie popsute, ale za to
najwyższej marki. Pochodzą one z królewskich zbiorów i posiadają szczególną pamiątkową wartość,
popsuł je własnoręcznie król Kwaternoster I.

Podziękowaliśmy ministrowi za tak zaszczytne wyróżnienie i udaliśmy się do siebie.
– Czasu nam zostało niewiele – rzekł pan Kleks. – Trzeba się wystroić na dzisiejszą
uroczystość.
– Czy musimy wystąpić tak jak Alamakotańczycy, nadzy do pasa i posypani srebrnym
proszkiem? – zapytał z niepokojem Weronik.
– Załatwimy do kompromisowo – odrzekł pan Kleks. – Koegzystencja trwa. Posypiemy się
srebrnym proszkiem, a na wierzch włożymy ubrania. W ten sposób wilk będzie syty i owca
zadowolona.

Z radością i pełni podziwu dla pomysłowości pana Kleksa przyjęliśmy to rozwiązanie.
Przebraliśmy się szybko w odświętne stroje oraz przypięliśmy do nich ordery. Profesor właśnie
przygładzał przed lustrem brodę, włosy i brwi, gdy nagle ujrzał w nim odbicie Weronika i zawołał:
– Panie Weroniku! Co to znaczy? Czy pan ma zamiar pokazać się w tym roboczym
kombinezonie?

– Nie mam innego ubrania, panie profesorze – odparł Weronik. – Ale na dzisiejszą uroczystość
zasznurowałem sobie buty galowym czerwonym kablem. Proszę spojrzeć.
Z tymi słowy zadarł nogę i zademonstrował but panu Kleksowi.
– Fiu–fiu – mruknął profesor – Skąd pan wytrzasnął taki nowiutki kabel? Coś zabójczego!
Alamakotanki oszaleją z zachwytu na widok pańskich butów. Trudno. Każdy Weronik ma swój konik.
– Chciał pan powiedzieć „swego konika” – wyrwałem się.

– Czy nie rozumiesz, Adasiu, że dla rymu poświęca się często składnię? – skarcił mnie Kleks. –
Jeśli robi tak poetka tej miary co Piwonia, to wolno i mnie. Chodźmy, panowie. Proszę za mną!
Na placu stała już królewska fregata w całej swej okazałości. Kordon straży powstrzymywał
napierający tłum. Punktualnie o godzinie szóstej dostojnicy Alamakoty wkroczyli na pokład fregaty.
Premier Trondosentron zajął miejsce na dziobie. Za nim ustawili się w szeregu ministrowie
Trąbatron, Limpotron, Tubatron, Paramontron i Fajatron. Przy sterze stanął ministron Alojzytron,
Pierwszy Admirał Floty, w galowym mundurze szamerowanym złotem. W odróżnieniu od innych
ministronów Alojzy nie był obnażony do pasa, tylko epolety miał grubo posypane galowym srebrnym
proszkiem. Przy prawej burcie zasiadła rodzina państwa Lewkoników, przy lewej – żony
ministronów.

Na końcu zjawił się witany owacyjnie król Kwaternoster I prowadząc pod rękę zarumienioną
Różę. Majestatycznie wstąpił na mostek kapitański, a zajęła złocony fotel u jego stóp.
– Nie wypolerowali oparcia, patałachy – mruknął Weronik.

Król miał na głowie małą koronę podróżną, w dłoni trzymał berło sporządzone ze złotych
zegarków, z ramion aż do ziemi spływał mu płaszcz obrzeżony kolorowymi jajkami, prawdopodobnie
ugotowanymi na twardo, żeby się nie potłukły. Ryża bródka króla złociła się w słońcu, wydatny nos
węszył nastroje ludu, a dobrotliwe spojrzenie sięgało ponad głowami poddanych w daleką
przyszłość. Można śmiało powiedzieć, że był to mężczyzna bardzo przystojny, krzepki i postawny.
Pomimo swoich lat czterdziestu wyglądał nadzwyczaj młodo.

Ale oczy wszystkich skierowane były na przyszłą królową. Omawiano jej urodę, powtarzano
sobie szeptem ciekawostki o rodzinie Lewkoników, plotkowano na zabój, jak to zwykle przy tego
rodzaju okazjach.
uśmiechem i ruchem dłoni pozdrawiała wiwatujące tłumy. Twarzyczka jej promieniała
szczęściem i życzliwością. O takiej właśnie królowej marzyli Alamakotańczycy, nic więc dziwnego,
że od pierwszego dnia stała się ich ulubienicą.
Ubrana była w piękną złocistą suknię, a na ramionach, podobnie jak pozostałe damy, miała
pelerynkę z kogucich piór.

Królewska fregata na ogumionych kółkach gotowa była do odjazdu.
Na dany przez Admirała znak Zyzik, ukryty dotąd pod pokładem, uderzył w dzwon pokładowy i
kawalkada z wolna ruszyła z miejsca. Fregatę ciągnęło stu królewskich hulajnożników. Ponieważ
dzień był bezwietrzny, na rufie ustawiono mechaniczne wiatraczki, które dmuchały w żagle i
wydymały je nie gorzej niż morska wieja. Zaproszeni goście podążali za fregatą na państwowych
hulajnogach pomalowanych w prążki w barwach narodowych.

Orszak posuwał się ulicami miasta wzdłuż szpaleru wiwatujących Alamakotańczyków. Był to
widok naprawdę wspaniały. Na maszcie fregaty powiewała bandera królewska, na linach furkotały
chorągiewki, ulice tonęły w trójkolorowych flagach. Z balkonów i z okien zwisały girlandy kwiatów.
Niezliczone transparenty przerzucone nad ulicami zawierały rymowane patriotyczne hasła. Oto kilka
z nich, które mi utkwiły w pamięci:
Niech donośnie brzmi nasz chór: Więcej kur i więcej piór.
Każdy aktywista sportu Dba o kury dla eksportu.
Czy to styczeń, czy to maj, Niech się zwiększa eksport jaj.
Będziesz zdrowy cały rok Laktusowy pijąc sok.
Nic bez z pracy się nie wskóra: Jakie jajko, taka kura.
Ministron Trąbatron co jakiś czas wznosił okrzyki, które ludność ochoczo podchwytywała:
– Niech żyje trzecia nurga!
– Niech żyje!
– Niech żyje jajecznica!
– Niech żyje!
– Niech żyje tabliczka mnurżenia!
– Niech żyje!

Do pochodu przyłączały się wciąż nowe tłumy, gdyż trzynożni Alamakotańczycy nawet bez
hulajnóg mogli z łatwością nadążyć z fregatą.
Na jasnym jeszcze niebie zabłysły pierwsze fajerwerki, a młodzież nieustannie strzelała na
wiwat z nadymanych rybich pęcherzy, co leżało w odwiecznej tradycji tego kraju.
Po dwugodzinnej jeździe przez miasto orszak przekroczył bramy Królewskich Ogrodników. Na
rozległym terenie zgromadziły się tysiączne rzesze Alamakotańczyków, którzy przybyli tu całymi
rodzinami, z dziećmi w wieku szkolnym, a nawet z niemowlętami w wózkach i powijakach.
Wszystkich zwabiła uroczystość królewskich zaręczyn, turniej kogutów, zabawa ludowa i
obfity poczęstunek.

Czytaj więcej  Jan Brzechwa - "Leń"

Na trawnikach widniały barwne karuzele, zjeżdżalnie, placyki gier, kiermasze jajek, tor
kurzych wyścigów oraz wiele innych urządzeń służących do uświetnienia festynu.
Pod drzewami ciągnęły się długie zastawione dzbanami laktusowego wina, tacami owoców,
łakoci i jajek na twardo.

Królewskie towarzystwo opuściło fregatę, udając się w kierunku drzewa figowego. Stały tam
dwa złocone fotele dla króla i przyszłej królowej, z tyłu zaś wygodne ławy, posrebrzone galowym
proszkiem, dla zaproszonych gości.
Kwaternoster I zmienił koronę podróżną na świąteczną. Pokrywały ją misternie cyzelowane
sceny z bohaterskiej przeszłości Alamakoty. Następnie król odłożył swoje zegarkowe berło,
natomiast z rąk Trąbatrona wziął okazałe liczydła, do których zamiast zwykłych drewnianych
krążków wprawione były kurze jajka pokryte złotem i srebrem.

Ale wszystko to było niczym w porównaniu z widokiem drzewa figowego. Uchodziło ono za
najstarsze drzewo na świecie. Liczyło 5789 lat i pamiętało zamierzchłe dzieje, które uczeni
archeolodzy usiłują zbadać grzebiąc mozolnie w wykopaliskach i wyszukując nikłe ślady po nie
istniejących już od dawna miastach oraz ludach.

– Mam pewien pomysł – odezwał się do mnie półgłosem pan Kleks. – Że też wcześniej nie
przyszło mi to do głowy! Odtworzę historię świata na przestrzeni pięćdziesięciu wieków. Zmuszę
drzewo do mówienia. Rozumiesz? Prześwietlę je promieniami kleksycznymi i uzyskam tą drogą
drewniany alfabet. Opracuję kleksykon wyrazów figowych i wszystko będę miał jak na dłoni.
Drzewo opowie mi dzieje ludzkości. Zapoczątkuję nową dziedzinę wiedzy – archeologię kleksyczną.
Za rok nauka wzbogaci się o nowe wiekopomne dzieło. Tak! Zmuszę to drzewo do mówienia!
Zmuszę nieodwołalnie!

Tymczasem w niebo wystrzeliły sztuczne ognie, zagrzmiały ukryte w krzakach grające muszle,
rozległy się dźwięki hymnu narodowego. Następnie król dał ręką znak i ministron Trąbatron oznajmił
gwizdkiem rozpoczęcie koguciego turnieju.

Na dwunastu tysiącach konarów figowego drzewa siedziało dwanaście tysięcy kogutów
uwiązanych na łańcuszkach, bez tego bowiem natychmiast wszczęłyby między sobą bijatykę.
Koguty były przez cały rok odpowiednio tresowane, a ostatnio, na prośbę Bulpa i Pulba, brała
w tym udział także Rezeda, która dzięki pani Pepie Pergamut posiadała trudną sztukę tresury
zbiorowej.

Nad przebiegiem turnieju czuwał Paramontron, który był nie tylko ministronem Hodowli Kur,
ale nadto światowej sławy kogutologiem.
Wiele kogutów zrezygnowało z udziału w zawodach z powodu chrypki albo innych
niedyspozycji gardła. Znaczna część odpadła już na wstępie wskutek braku wymaganych kwalifikacji,
niedotrzymania warunków konkursu czy też złego stanu pióropuszy. Te zaś, które były w należytej
kondycji, przystąpiły do turnieju, zachowując wylosowaną przez ich właścicieli kolejność. Król,
wspomagany przez ministrona Tubatrona, własnoręcznie rejestrował wyniki na liczydłach.
Zawody, jak domyślicie się, trwały bardzo długo. Nie będę opisywał ich szczegółowo.
Wystarczy, jeśli powiem, że koguty wydzierały się wniebogłosy, a od ich przeraźliwego piania
głowa mi o mało nie pękła.

Pan Lewkonik ciężko sapał, Hortensja mruczała pod nosem swoje monologi, Dalia kichała,
Weronik przecierał szmatką poręcze ławek i tylko pan Kleks, który w miarę potrzeby umiał się
wyłączyć, beztrosko drzemał pogwizdując nosem Marsz Atramentowych Kleksów.
Wyniki turnieju w tym roku były imponujące. Koguty wykazały doskonałe przygotowanie,
większość była w świetnej formie i miała znakomicie postawione głosy. Stu siedemdziesięciu
zawodników pobiło rekordy mistrzostw z lat ubiegłych, dwudziestu czterech zapiało z przepisowymi
pięciosekundowymi przerwami ponad trzydzieści razy z rzędu. Ale zwycięzcą turnieju został w
rezultacie ten sam kogut, którego poznaliśmy na przyjęciu u Kwaternostra I. Zapiał czterdzieści jeden
razy, zapędził w kozi róg wszystkich swoich rywali i utrzymał dotychczasowy zaszczytny tytuł.
Wielotysięczny tłum kibiców przez długi czas oklaskiwał zwycięzcę i wiwatował na jego
cześć, a król zgodnie z tradycją zdjął z głowy koronę i przepchnął tryumfatora przez jej obręcz,
nadając mu w ten sposób godność Królewskiego Koguta.

Na ciemniejącym już niebie rozbłysły pióropusze fajerwerków, które oślepiły kogucich
zawodników, a gdy zgasły, siłą kontrastu powiększyły wrażenie ciemności. Koguty uległy temu
wrażeniu, ucichły i posnęły. Tylko królewski pomazaniec zajął miejsce na poręczy królewskiego
fotela i dumnie potrząsnął grzebieniem.
Spoza drzew ukazał się rożek wczesnego księżyca. Był to sygnał do rozpoczęcia uroczystości
zaręczynowych.

Ministron Trąbatron wdrapał się po drabinie na konar figowego drzewa. Jego tubalny głos,
pomnożony przez setki głośników, obwieścił tłumom, że król Alamakoty Kwaternoster I postanowił
wstąpić w związek małżeński, na potwierdzenie czego odbędą się wobec zgromadzonego ludu
królewskie zaręczyny z obecną tu panną Różą Lewkonik, córką Anemona i Multiflory. W odpowiedzi
na obwieszczenie z dziesiątek tysięcy płuc wydobył się ogłuszający okrzyk radości, który,
powtórzony przez echo, wstrząsnął jak wicher wierzchołkami drzew.

– Brawomakota! Brawomakota – wrzeszczały na cały głos dzieci szkolne i oseski w wózkach.
Koguty przebudzone tą potężną. wrzawą zapiały donośnym chórem, po czym znowu zapadły w
sen. Niespodziewanie rozległo się jeszcze dodatkowe „kukuryku”, wykonane przez mistrzowski duet
złożony z Alojzego i pana Kleksa. A gdy nastąpiło ogólne uspokojenie, rozpoczęła się właściwa
ceremonia zaręczyn.

Do pary dostojnych oblubieńców zbliżył się ministron Tubatron podając na srebrnym półmisku
zaręczynowe jajko. Zniosła je specjalnie pasiona złotym prosem kura z rasy bramaputra,
uszlachetnionej przez rasę bojowców alambajskich.

Następnie premier Trondodentron przedhistorycznym mieczem legendarnego króla Bambosza
Koślawego przeciął jajko na dwoje. Zamiast żółtka wypadły zeń złote pierścienie, które ministron
Trąbatron włożył na palce króla i Róży, wygłaszając po alambajsku zaręczynową formułę:
Urba lursy w jeden wiąż, Durbra żurna, durbry mąż.

I znowu wystrzeliły fajerwerki rysując na tle nieba wizerunki oblubieńców, znowu
przebudzone koguty zapiały chórem, a zespół zestrojonych muszli odegrał hymn narodowy.
Po zakończeniu części oficjalnej w świetle lampionów i ogni sztucznych rozpoczęła się zabawa
ludowa. Natomiast król z narzeczoną oraz dostojnicy i zaproszeni goście ruszyli w drogę powrotną.
Fregata potoczyła się szybko po opustoszałych ulicach, my zaś gazowaliśmy na naszych hulajnogach.
– Możemy jutro spokojnie odpłynąć! – zawołał wyprzedzając mnie pan Kleks. – Pchnęliśmy
Alamakotę na nowe tory! Otworzyliśmy przed nią olśniewające perspektywy. Jeszcze dzisiejszej
nocy napiszę na ten temat dwutomowe dzieło pod tytułem „Kleksomakota”.
Jak widać, w genialnej głowie uczonego nieustannie kłębiły się wielkie, twórcze myśli.

Nawigacja<< Jan Brzechwa – Akademia Pana Kleksa – rozdział 30Jan Brzechwa – Akademia Pana Kleksa – rozdział 32 >>
Ten rozdział jest częścią 31 of 32 Akademia Pana Kleksa Jan Brzechwa